Wojciech Kajtoch Homepage





Wstęp

Introduction to Solaris

Historia Literatury Polskiej

   Z Mojego Archiwum II
   Lagry i Łagry
   Władysława...
   Obok ,,bruLionu''    Kiedy dwóch...
   Wstęp do ,,Solaris''


Historia Literatur Obcych

Językoznawstwo Prasoznawcze

O Poezji

Życiorys

Spis Publikacji
Wojciech Kajtoch

Z mojego archiwum II


Opublikowana w trzecim tomie „Prozy...” pierwsza część „Z mojego archiwum...” przynosiła inedita - artykuły, które kiedyś nie ujrzały światła dziennego. Szkice przedrukowane poniżej ukazały się... w pewnym procencie. W zasadzie nie wiadomo kto - czy to redaktor przygotowujący do druku numer pisma ***/1, czy może właściwy cenzor - wycięli z nich obszerne fragmenty.
Oczywiście nie tylko poniższym moim produkcjom to się przytrafiło (z drugiej też strony miewałem teksty prasowe publikowane bez skreśleń), ale akurat te z „poprzycinanych” były kiedyś dla mnie ważne.
„Odeszli. Rozważania normatywne” były recenzją, ale też i swego rodzaju manifestem, w którym starałem się zwalczyć wpływ Kazimierza Wyki i wprowadzonych przez niego krytycznoliterackich obyczajów, wpływ który w młodości dotykał i mnie, i wielu innych. Chodziło mi o to, aby pisać o literaturze nie tylko elegancko i artystycznie - ale też solidnie, zrozumiale, oryginalnie - w oparciu o własną myśl i polski dorobek filologiczny. Redaktor „Pisma Literacko-Artystycznego” zdecydował jednak, że do takich manifestów nie mam prawa.
Podobnie potoczyły się losy tekstu o Włodzimierzu Paźniewskim. Redakcja chciała mieć tylko omówienie. Moje próby „podyskutowania sobie” o obliczu ówczesnej „młodej prozy” i jej korzeniach z lat siedemdziesiątych - Redakcji nie zainteresowały. .
O okaleczeniu „Wyborów i dróg” zdecydowały chyba względy zarówno formalne (zdecydowano że te rozważania zmieszczą się na jednej kolumnie - wszystkie „przeglądy nowości” „Życia Literackiego” miały ten rozmiar), jak i polityczne. Czy to krytykowałem kogoś nieodpowiedniego, albo może w nieodpowiedni sposób? Wydaje się także, iż tekst w całości - jak na standardy tego tygodnika był zbyt ostry. „Życie...” ówczesnym zwyczajem wolało „palić Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”, nie narażać się zbytnio ani partii, ani opozycji. I tak z próby poważnego artykułu krytycznoliterackiego, stawiającego nowy problem, zauważającego nowe literackie zjawisko - pozostały streszczenia opatrzone zwięzłym komentarzem. .
Przypominane tu teksty miały wejść do książki, która w połowie lat osiemdziesiątych gotowa była do druku ale - jak wiele innych - po 1989 roku, w zmienionych realiach ekonomicznych ukazać się nie mogła. .
Pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie po co, po kilkunastu latach, gdy ówczesne spory przebrzmiały, drukować rzeczy o już tylko historycznej wartości? Po pierwsze - z szacunku do siebie samego, a po drugie dlatego, że teksty polonistyczne wciąż obfitują w dęte pustosłowie, wciąż „młodą prozę” lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych traktuje się jako opozycyjną w stosunku do gierkowskiej polityki kulturalnej i jej kontynuacji; a o tym że w dobie tuż po stanie wojennym walczono politycznie nie tylko w drugim obiegu, ale i w rzeczach wydawanych oficjalnie... o tym nawet pamiętać nikt nie chce. Wszak przeczy to tezie o ściśle dyktatorskim (i tylko takim) charakterze tamtych rządów. .
.
I. "Odeszli" (rozważania normatywne)

Oto fragment tekstu: Metafizyka Kołaczkowskiego była immanentna, tragiczna i pełna odpowiedzialności. Kołaczkowski nie nosił w sobie światopoglądu katolickiego, a bodaj najlepiej charakteryzuje go takie wyznanie: ***/2 - Tu ledwie zaczęta myśl się urywa. Jedynie z zamieszczonego w kwadratowym nawiasie dopisku dowiadujemy się, że na marginesie (chyba maszynopisu podług którego publikuje się daną wersję wspomnienia Wyki o Stefanie Kołaczkowskim, wersję - jak się domyślam - różną niż ta, wydrukowana w 1972 roku w "Kulturze", bo mniemam, choć wydawca o tym milczy, że nie chodzi o notkę widniejącą poza biegiem szpalt kolumny tygodnika) znajduje się uwaga: Tragizm a katolicyzm . Cóż... Już się nie dowiemy, co zamierzał napisać Profesor, jak widział najistotniejsze cechy światopoglądu swojego wychowawcy. .
A oto fragment drugi: Warto też bodaj w przypisie wspomnieć, że Bolesław Prus, rozmyślając o śmierci i filozoficznych implikacjach wynikających z jej nieuchronnego charakteru, ułożył był dla siebie następujące równanie metafizyczne...***/3 - dalej następuje długi, rozpraszający czytelniczą uwagę (nader potrzebną przy lekturze rozprawy o Karolu Ludwiku Konińskim) cytat. Cytat, wraz z powyższą zapowiedzią znajdujący się nie w przypisach, lecz w tekście głównym, gdzie sprawia wrażenie przylepionego czy wlepionego, bo oddziela jeden z przytoczonych z pism Konińskiego fragmentów, od wyjaśniającego ten fragment komentarza. - Edytor milczy i tutaj. .
Również pod tekstem wzmiankowanej rozprawy widnieją jedynie daty wyznaczające czas jej napisania. Czyżby więc drukowano go po raz pierwszy? - Ale przecież "Posłowie" Wydawcy zapewnia, że oprócz eseju "Dłonie Marii" artykuły tomu już drukowano. - Więc gdzie? - Dopiero przestudiowawszy opracowaną niedawno bibliografię Kazimierza Wyki ***/4 domyślamy się, że skoro rozprawa "Kamienna ironia Absolutu. O Karolu Ludwiku Konińskim" nie jest w niej wymieniona, to (o ile rzeczywiście była już drukowana) pierwszy raz opublikowano ją już po śmierci autora, tj. po 1975 roku. .
A przecież rzecz to dla interpretacji cytowanego fragmentu rozprawy nieobojętna, Owo: "warto też bodaj w przypisie ..." mogło być notką "dla siebie". Mogło oznaczać zamiar, o którym Wyka zapomniał, ale z pewnością przypomniałby sobie, gdyby przygotowywał tekst do druku. .
I rzecz równie ważna: Tracimy zaufanie do Edytora. Bo ile jeszcze jego niekonsekwencji tekst zbioru Wyki zawiera? .
Recenzent ma do czynienia z ważną książką - jak wszystkie za życia przez Kazimierza Wykę opublikowane i te, które pośmiertnie z jego papierów wyjęto. Lecz jednocześnie jest ta książka trojakiego rodzaju brulionem. Nie dość, że częściowo zawiera teksty nie wykończone; że nie wykończono jej jako całości, bo - jak dowiadujemy się z "Posłowia" - nie napisano wszystkich prac z których miała się składać, to jeszcze na dodatek jest "brulionowa hipotetycznie". To znaczy - o jej stronicach, nawet gdy na to wyglądają, nie można z całą pewnością powiedzieć, że ich autorem jest wyłącznie Kazimierz Wyka taki, jakiego znaliśmy (inaczej: Kazimierz Wyka mogący przyjąć za nie pełną odpowiedzialność), nie zaś Kazimierz Wyka oraz ślepy traf, przypadek, który nie pozwolił ich należycie dopracować. Zastrzegam się w tym miejscu, że owa potrójna "brulionowość" nie sprzyja pewności w wydawaniu sądów; - tam zwłaszcza, gdzie spoza kart wyłania się jakaś dziwna, niepokojąca twarz Autora. .
.
*** .
.
"Odeszli" składają się z trzech części: .
Pierwsza - gromadzi dziewięć prac. Początkowych osiem, to w różnych latach pisane, okolicznościowe wspomnienia, poważne szkice a nawet rozprawy, poświęcone kolejno: Stefanowi Kołaczkowskiemu, Karolowi Ludwikowi Konińskiemu, Juliuszowi Kleinerowi, Kazimierzowi Nitschowi, Tadeuszowi Mikulskiemu, Adamowi Polewce, Stanisławowi Pigoniowi - nauczycielom, kolegom, znajomym Wyki, których - gdy odchodzili - tak właśnie żegnał. Dziewiąta - to wzmiankowany esej poświęcony fenomenologii i kulturowej doniosłości śmierci. Miał nadawać książce wyższą jedność. W wiadomym stanie rzeczy - nie nadaje. Mimo zachęt wydawcy trudno znaleźć w zbiorze sens szerszy - nie będący jedynie sumą sensów poszczególnych artykułów. Druga - zawiera trzy wspomnienia o pisarzach: Marii Dąbrowskiej, Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, Wilhelmie Machu. Trzecia ("Aneks") grupuje nieco materiałów o polonistyczno-fachowym smaku związanych z K. L. Konińskim, Wacławem Borowym, i Karolem Wiktorem Zawodzińskim. .
Wszystkie niepokoje dotyczą oczywiście tekstów pierwszej części. Trzem z nich należy się wytężona uwaga: "Kamiennej ironii Absolutu", "Juliuszowi Kleinerowi", "Dłoniom Marii". O ostatnim niewiele mogę powiedzieć. Żadne streszczenie nie odda zawartości, na formę skończoną. Zaś o meritum podobnych utworów się nie dyskutuje. To nie obiektywizujący artykuł, a - na miarę człowieka co je pisał - pożegnanie. .
Wolę się skupić ma dwu pierwszych. Odbijają się w nich bowiem wyglądające spoza kart tej książki dwa style polonistycznego pisania, różniące się - ogólnie rzecz ujmując - stosunkiem do odbiorcy: ten znany z innych pism Kazimierza Wyki, słynnego z artyzmu i elegancji wysłowienia (osiąganej bez szkody dla trafności i doniosłości naukowej) stylisty oraz styl jakiś... u Kazimierza Wyki rzadki - częstszy u jego naśladowców. Chciałoby się powiedzieć - styl jakiegoś Wyki obcego, powierzchownie powtarzającego za sobą samym łatwo rozpoznawalne cechy własnego pisarstwa - pełny wielosłowia i bardzo zastanawiającej, wyniosłej dumy. .
Zacznę od omówienia "pierwszego z Wyków" - autora syntetycznego portretu Juliusza Kleinera. .
Ta niewielka rozprawa, drukowana w 1957 roku w "Pamiętniku Literackim" jest wśród polonistów pamiętana m. in. z racji trafnego określenia twórca fikcji genezy, które zwięźle oddaje istotę metod badawczych panujących do niedawna wśród historyków literatury. Niektórzy pamiętają o niej też dlatego, że i dziś służyć może za wzór literaturoznawczej jasności. .
Spójrzmy na kompozycję. Jest klasycznie trójdzielna i zawiera kolejno (podaję według sformułowań autora): opis sytuacji w naukowym pokoleniu Kleinera, wskazanie układu indywidualności, a w końcu - jako podsumowanie - omówienie Kleinerowego dzieła. Każda część ujmuje opisywany problem dwudzielnie (pierwsza mianowicie w metodologicznych prądach, na których wychował się Kleiner widzi połączenie tradycyjnych wymagań obywatelskich i filologicznych z nowymi u końca XIX stulecia ideałami idiograficzno-personalistycznymi; druga - w osobowości Kleinera zauważa harmonijne zestrojenie cech tradycjonalisty i nowatora; trzecia - łączenie się w jego twórczości ścisłego warsztatu naukowca z syntetycznym spojrzeniem krytyka), kończy się zaś ścisłą formułą, dokładnie i bez pomocy malarskich, filozoficznych i innych metafor sumującą wyniki wywodu. Zważmy na naturalną niejako kolejność rozpatrywania kwestii: o naukowcu nie sposób mówić bez ukazania jego badawczej tradycji, a o dziele - bez scharakteryzowania autora. (Wiem, że pochwalam "pastiszowość" wobec genetyzmu Kleinerowskiego, ale w tym gatunku naukowego pisarstwa, jakim są sylwetki osobowe - nie wymyślono jeszcze nic lepszego.) Zobaczmy dydaktyczną dbałość o czytającego: podane rozstrzelonym drukiem formuły bardzo wspomagają pamięć. Po jednokrotnym przeczytaniu szkicu, teraz tylko kartkując, można sobie dokładnie przypomnieć zawartość. .
Taż dbałość o ułatwienie odbiorcy zrozumienia ukazywanych problemów rządzi tokiem wykładu wewnątrz każdej z części. Nawet wprowadzaniem drobnych informacji, o których Wyka mógł sądzić, ze zapewne czytelnikowi są znane (zważmy, gdzie tekst publikowano), lecz z gatunku takich, których brak obrzydza lekturę. Ot! drobiazgi: daty urodzeń i śmierci przy nazwiskach wymienianych przedstawicieli polonistycznych generacji; wyjaśnienie znaczenia terminów "idiograficzny", "nomotetyczny" - skoro tylko ich użył; przetłumaczenie obcojęzycznego cytatu... Samym tokiem wykładu rządzi (na ile to możliwe) nie tylko zasada omawiania zjawisk w kolejności ich wynikania, ale i zasada ekonomii przekazywania informacji. Nie za dużo i nie za mało w danej jednostce czasu (tzn. na danej przestrzeni tekstu). Nie za mało - więc bez zbędnych dygresji, powtórzeń, krótkim i łatwym zdaniem, tak aby oszczędzić papieru. Nie za dużo - więc bez zbędnej metaforyzacji, rozrywania toku myślenia, użycia terminów niejasnych (ale też z umiejętnym zastosowaniem anegdoty, żartu, erudycyjnego popisu, jeśli tylko zajdzie podejrzenie, że czytelnik się nuży, jego uwaga słabnie; żeby uniknął konieczności powtórnej lektury). .
Zaś na koniec tej nieco bezładnej litanii zasad naukowego savoir-vivre'u, na którą poniekąd za chwilę się złożą wyniki poczynionych tu obserwacji cech architektoniki Wykowego tekstu - sprawa cytatów, arcyważna dla ciągłości tekstu naukowych i krytycznoliterackich szkiców tego typu. .
Przyznam się, że nie przypominam sobie akurat prac analizujących poetykę i retorykę dzieł pisarstwa naukowego. Dysponując jednak doświadczeniem czytelniczym w tym względzie przypominam sobie, że o ile przytoczenie nie jest nazbyt długie lub tak odmienne stylistycznie, że w żaden sposób nie powinno było się znaleźć (miast w przypisie) w tekście głównym, cytatu można używać trojako: .
- w charakterze koniecznego przykładu, tj. kiedy korzystniej jest materiał nie omówić o pokazać; .
- w funkcji podobnego anegdocie, erudycyjnego przerywnika; .
- gdy myśl w cytacie wyrażona oddaje zamysł autora lepiej niż by to uczyniły jego słowa własne. (Najbardziej ciągłości tekstu szkodzi pierwszy przypadek. Tak użyty cytat kładziemy zasadniczo w ściśle określonych partiach tekstu, np. rozpoczynając nową myśl. Natomiast na przytoczenia użyte w trzecim z wymienionych wypadków nadają się fragmenty dzieł autorów jasno myślących.) .
Sumując. Rozprawę o Kleinerze pisał naukowiec i artysta. Pierwszemu zależało nie tylko na odkryciu prawdy, ale i na tym, by ją zrozumiano i zapamiętano. Drugi natomiast kunsztownie komponował, wyważał doniosłość poszczególnych części artykułu. .
A co chciał osiągnąć ten inny Wyka? Ten, którego z rzadka napotykamy na rozmaitych stronach omawianego tomu, a często, stanowczo za często w owej "Kamiennej ironii Absolutu". .
Kim jest? .
Na planie najszerszym, to Wyka pogardliwie prychający na kastę pyszałków recenzenckich i antymetafizycznych [...] popłuczyny po nie przetrawionym marksizmie, osobników cierpiących na szczególne zatwardzenie racjonalistyczne ***/5 (rzecz nie w polemice o "Brzezinę" Wajdy, lecz o kierunek tejże polemiki), wyniośle wyrokujący o kraju tak dalece pozbawionym kultury moralnej i indywidualnych poszukiwań światopoglądowych jak nasza zgrzebna ojczyzna i dumnie liczący wokół siebie na palcach osoby o "prawdziwym", oryginalnym światopoglądzie (tj. - sądząc z doboru nazwisk - zabarwionym pierwiastkiem irracjonalnym). .
Na planie stylistycznym - jest to Wyka lekceważący czytelnika już tak, by w metaforyczny jedynie sposób podawać mu podstawowe założenia prowadzonego wykładu, odsyłając go w zamian do unikatowych książek ***/6. Wyręczający się w prowadzeniu wywodu i wnioskowaniu długimi cytatami (przykładu nie podaję - na oko mierząc ze 20 % tekstu rozprawy o Konińskim to przytoczenia) lub podawaniem bardzo metaforycznych formuł (np. pałubiczna walka z rolą niewartości w konstrukcji świata rzeczywistego); w końcu - nie tłumaczący obcojęzycznych cytatów, co dopuszczalne tylko w przypadku analizy językowej bądź w tekstach przeznaczonych dla tłumaczy, filologów obcych itd. ***/7. .
Zaś w dziedzinie merytorycznej - Wyka poświęcający dla literackiego chwytu możliwość dokonania naukowych ustaleń, jak np. tam, gdzie analizę filozoficznych poglądów Konińskiego przeprowadza kontrowersyjną i raczej dla poezji odpowiednią metodą "słów-kluczy". No i Wyka niekiedy zbyt bliski stereotypom. Przykładem szkic o Pigoniu, gdzie większość wniosków wynikłych z tej poważnej (i odważnej - Wyka nie był psychologiem czy socjologiem) próby opisania osobowości zasłużonego historyka literatury można by sprowadzić do krótkiego hasła: "Pigoń to Pigoń bo chłop". .
Przykro jest mi to pisać, ale w tym kontekście zarówno wspominane "wyręczanie się cytatami" jak i pokazana na początku recenzji przerwa w tekście wspomnienia o Kołaczkowskim - doprawdy źle wyglądają. .
Narastają pytania o przyczyny. Wiedza potoczna - schematy rozumowania dostarczają tłumaczeń "niezbitych i oczywistych". Wyciągając "oczywiste" wnioski z faktu, że rozprawa o Kleinerze pisana była lat kilkanaście przed artykułem o Konińskim, można udzielać odpowiedzi typu: „Z biegiem lat Wyka tracił pisarską sprawność...", albo (brzydziej) „Wyka zaczął sobie "pozwalać". Pisząc do "Pamiętnika Literackiego" bał się jeszcze recenzentów, później nie bał się nawet czytelnika...". .
Osobiście jednak mam - w stosunku do Kazimierza Wyki właśnie - podobne wyjaśnienia za trywialne. Uważam "Kamienną ironię Absolutu" za tekst niedokończony. Jest to dopiero brulion rozprawy, gdzie autor - spiesząc za biegiem myśli - nie zdążył przytaczanego, "surowego" materiału wygładzić, części wniosków rozjaśnić, a innych - uzwięźlić. Nie zdążył też usunąć szczególnie natrętnych, bezpośrednich manifestacji swego "Ja", zwykle przez naukowców starannie chowanego "za tekstem". (Piszę "nie zdążył..." będąc świadom postawionej pod tekstem daty.) Dowodem - jasny tok rozumowania w "Dłoniach Marii" powstałych w tym samym okresie. .
W tej jednak sytuacji pojawia się pytanie następne: o celowość uczynienia obiektem analizy "serio" tekstu, który uznałem za niedokończony i - tym samym - o sensowność dokonanego tym samym "zniekształcenia proporcji" przy recenzowaniu pozycji zasłużonego i już nieżyjącego autora. .
Otóż nie spodziewam się szybko po raz drugi zobaczyć książki, gdzie znajdą się obok siebie prace, równie doskonale jak omawiane prace Wyki skupiające w sobie blaski i nędzę pisarstwa, chcącego w sobie stopić w jedno naukowy i artystyczny pierwiastek. Nieprędko tak wyraźnie ujrzymy wąską granicę dzielącą przepaść - od szczytu. Pouczający widok. Zwłaszcza dla nieczęsto przebywających na szczytach (a żyjących, więc całkowicie za swe utwory odpowiedzialnych) naśladowców Profesora. .
Nie ma umiejętności trudniejszej niż ujęcie ważnej myśli w piękne słowo. Jedynie chyba ta, która w piękne słowa chce wprowadzić istotną myśl. Lecz niewielu krytyków wie o tym, że myśl niezrozumiała w kulturze nie zaistnieje, że tylko tego, czego się nie wie - nie można jasno napisać... Myśli nie napisanej w sposób zrozumiały - po prostu nie ma. Pozostają arkusze wydawniczych rozliczeń i książki. Można pytać się o nie wersem jednego z ulubionych utworów Kazimierza Wyki: a ta woda te słowa cóż mogą, cóż mogą książę. .
.
wrzesień 1983
.
.
II. Długie dni czystego szaleństwa.
.
Krótki dokument złotych czasów, kiedy się zdawało, że jesteśmy Zachodem, bo można za sześćdziesiąt dziewięć tysięcy złotych kupić "małego fiata" .
.
gdzie były szpieg kieruje ruchem ulicznym .
po raz drugi kwitną jabłonie nie ruszać .
niewypałów komputery rejestrują wszystkie .
wykroczenia i spokój .
przy pomocy karabinów .
w obawie przed małżonką po odbyciu .
kary uprosił władze więzienne by .
pozwoliły mu pozostać tam przynajmniej miesiąc .
rozróżniajmy nerwowość od stałego upośledzenia .
wyrazami głębokiego współczucia z powodu śmierci .
w pobliżu topią się metale z bagażnika skradziono biżuterię .
młody strażak pragnąc się wykazać podpalił dwa domy .
kto tu jest winien .
jako pierwszy w dyskusji zabrał milczenie ***/8.
.
Innymi słowy: Świat to fakty bez związku, papka gazetowych komunikatów. Wartości upadły. Sztuka ich broni, choć i ona nieomal nie ma już sensu, jeśli nie jest ciszą... (czytaj: analogonem chaosu rzeczywistości, zapisem świadomości percypującej ów chaos lub czymś podobnym). .
Wiersz pochodzi z arkusza poetyckiego, który Włodzimierz Paźniewski wydał jedenaście lat temu w serii "Generacje". Nosi tytuł: "Bilet na odlot przed świtem". Nie wyróżnia się spośród podobnych, lecz przywołuję go, gdyż autor do dzisiaj zachował zdumiewającą wierność naczelnym założeniom poetyki w nim realizowanej, które w ciągu następnych lat zracjonalizował, uzasadnił filozoficznie, wypróbował w rozmaitych literackich gatunkach. Przestrzega tych założeń także w ostatniej powieści ***/9 będącej - moim zdaniem - jedną z jak dotąd najpoważniejszych propozycji pisarstwa opierającego się na "nowofalowym" ***/10 pojmowaniu estetyki i funkcji sztuki słowa. Propozycję doniosłą nie tylko ze względu na osiągnięcia - więc w sensie pozytywnym, ale także ze względu na wyraziste ukazanie zasadniczego ograniczenia "prozy młodych nazwisk"..
.
*** .
.
Powstała w 1971 roku katowicka grupa "Kontekst", której współzałożycielem był Paźniewski, wymierzała sprawiedliwość istniejącemu światu poprzez redukcję metafor na rzecz manipulacji kontekstami. Poeci sądzili, że operowanie kontekstami stanowi odpowiedź na sytuację kulturalną dzisiejszych społeczeństw, w których zdegradowane i odrzucane wartości wyobrażeniowe istnieją w obiegu obok trywialnych i dosłownych wytworów kultury masowej. [...] Manipulowanie kontekstami poprzez wzięte bezpośrednio z otaczającej rzeczywistości elementy, [...] przenoszenie ich w zupełnie nowe układy jest formą reżyserii burzącej obiegowe schematy i wyobrażenia.***/11.
Ten program, opatrzony konkretniejszymi propozycjami artystycznego działania oraz uzasadnieniami filozoficzno-estetycznymi, rozwinięty następnie (o tym zaraz) w "Sporze o poezję" ***/12 można łatwo odczytać i w cytowanym wierszu, i w niektórych opowiadaniach zbioru "Czyste szaleństwo" ***/13, gdzie - sądzę, że przeciwnie do przewidywań twórcy - zaowocował czystym ... kreacjonizmem. .
Popatrzmy: Aż któregoś dnia nastąpiła dawno przewidywana klęska, kosmiczna katastrofa, ucieczka, exodus mężczyzn, kobiet i dzieci, ponieważ przedmioty zabrały się do ostatecznego rozwiązania spornej kwestii. Widziałem etażerki uzbrojone w pistolety maszynowe, jak prowadziły swoich dotychczasowych właścicieli na rampę kolejową [...] ***/14 .
Cytat z opowiadania "Supermarket" obrazuje działanie zasady "przesuwania elementów rzeczywistości w inne konteksty" na najniższym, tekstowym poziomie. Ponieważ w literaturze kontekstem danego wyrazu czy wyrażenia może być tylko inny wyraz lub wyrażenie - manipulacja kontekstem sprowadza się do zderzania z sobą wyrazów - a więc i pojęć - zazwyczaj nie funkcjonujących w sąsiedztwie, a więc do tworzenia metafory. W tym akurat wypadku - niezbyt odkrywczej. Sens wyrażenia: "etażerka trzymająca pistolet" jest jedynie połączeniem znaczeń rzeczowników: "etażerka", "pistoletu" i czasownika "trzymać". Niczym innym nie będzie. .
Toż samo - na poziomie wyższym. Opowiadanie "Supermarket" zawiera kolejno obrazy: ożywionych rzeczy urządzających przecenę ludzi, kopulacji dziewcząt z samochodami, wspomnianego ostatecznego rozwiązania spornej kwestii, a w końcu - zupełnie już samodzielnego bytowania przedmiotów. Wszystkie te epizody stanowią jedynie prymitywny ciąg alegorii, raz po raz przypominających o dość banalnych prawdach społeczeństwa konsumpcyjnego. .
Innym i bardziej niesmacznym w skutkach przykładem splatania innorodnych realiów w fantastyczne obrazy jest opowiadanie "Uzdrowisko", gdzie Paźniewski łączy w jedno elementy następujących rzeczywistości: szpitala, przedszkola, domu wariatów, obozu koncentracyjnego, pierwszej połowy lat pięćdziesiątych oraz traktuje dosłownie znane porzekadło "rz...m tym wszystkim" (narratorem jest facet, któremu wylatuje z ust tzw. "wizualna propaganda") sądząc zapewne, że mówi coś odkrywczego o współczesnej Polsce. .
Uważam jednak, że kreacjonizm, który tworzy obrazy (w przeciwieństwie do symbolicznych) tylko alegoryczne - a już od pierwszych w tym kierunku prób "młodej prozy" z przełomu pięćdziesiątych i sześćdziesiątych lat wiadomo, że innych nie zrodzi - nie ma szans wyjścia poza banały. Zazwyczaj właściwą treścią każdej alegorii jest jedynie sens twierdzenia przez nią ilustrowanego - sens jednego zwykle zdania. A wiadomo, co sądzić o sporym utworze mówiącym tyle, co slogan. .
I aby zakończyć sprawę zbiorku opowiadań "Czyste szaleństwo", wydanego niemal jednocześnie z powieścią i - zupełnie niepotrzebnie - komplementowanego ostatnio w prasie, oświadczam: w tym zbiorze dojrzały i dobry pisarz w dwadzieścia lat po debiucie zebrał utwory, na których uczył się rzemiosła. Widać to zwłaszcza w "Ojcu" i "Panichidzie", gdzie zarówno charakterystyczne użycie motywu "rodziców" jak i cały, zaświadczony tu sposób widzenia świata, niedwuznacznie wskazują na terminowanie Paźniewskiego u Schulza. Może w ogóle są te utwory urywkami jakieś większej, nie drukowanej dotąd całości, cyklu w rodzaju uwspółcześnionych, zaktualizowanych "Sklepów cynamonowych", gdzie dramat przedwojennego oficera w okresie "błędów i wypaczeń" zarysowano na kształt tamtego, Schulzowskiego - upadku drohobyckiego kupca? Najlepsze w książce wydaje mi się "Lato" - zgrabne, psychologiczne studium niepokojów inicjacji. .
.
*** .
.
Sądzę więc, że "przenoszenie elementów w nowe konteksty" okazało się zawodną receptą działania, prowadzącą do skutków dość banalnych. Wciąż jednak aktualnym, domagającym się dalszej weryfikacji elementem programu pisarskiego Włodzimierza Paźniewskiego mogła pozostać sama zasada tworzenia świata przedstawionego utworu z "cząsteczek rzeczywistości" zaczerpniętych bezpośrednio z rzeczywistości realnej - cząsteczek nie poddanych selekcji (może też nie uzupełnianych fikcją literacką), nie połączonych widocznymi więziami przyczynowo-skutkowymi i nie układanych w konwencjonalne "wielkie figury semantyczne" takie jak tradycyjna fabuła, akcja, wątki, postacie. Przeciwnie! Właśnie bezład, chaos. autentyzm układu (czy też raczej - braku układu) scenerii przestrzennej i wydarzeń miałyby być gwarancją mówienia literackiej prawdy. .
W znacząco zatytułowanym - "Spójność w chaosie" - eseju drukowanym w wydanej wspólnie z Stanisławem Piskorem, Tadeuszem Sławkiem, Andrzejem Szubą pracy zbiorowej grupy "Kontekst" Paźniewski pisał: Związki wynikania pomiędzy zdaniami, jak również tradycyjna budowa dzieła - z przeplataniem się wątków, stopniowo budowanym napięciem i zaskakującym rozwiązaniem - nie stanowią obecnie koniecznego warunku istnienia literatury. Chaos świata wkracza bez przeszkód w mikrokosmos utworu, stanowiąc zarazem jego strukturę głęboką. [...] Spójność rozumiana linearnie, charakterystyczna dla literatury tradycyjnej, nie może być już dzisiaj, w świetle językoznawstwa Chomsky'ego kryterium oceny dzieł, które ją przełamały. [...] Dawny podział na literackie i nieliterackie nie wchodzi w rachubę, wszystko może być poezją i prozą. Nie uporządkowany zapis awangardowych utworów posiada spójność na poziomie struktur głębokich, jest w jakimś stopniu odbiciem mozaikowej struktury świata, ale ten chaos nie dowodzi rezygnacji z ukrytego porządku na rzecz całkowitej anarchii wyobraźni i zachwiania hierarchii wartości. ***/15 .
W świetle powyższego, przypomniany na początku mojej recenzji wiersz nie byłby już świadectwem bezradności i rozpaczy wynikłej z poczucia niewytłumaczalności świata. Przeczytajmy ten wiersz powtórnie, a gdy zakryjemy czymś ostatnie dwa wersy - otrzymamy próbę dotarcia do "struktury głębokiej", tajemniczego wszechzwiązku elementów rzeczywistości, a mówiąc prościej: próbę dotarcia do klucza szyfru, jakim jest interesująca poetę kultura. .
Innymi jeszcze słowy (jak upewniają nas liczne, już przeze mnie nie zacytowane fragmenty "Sporu..." oraz niektóre eseje z "Życia i innych zajęć" - wydanej dwa lata temu, eseistycznej książki Paźniewskiego, o której jeszcze nie wspomniałem ***/16) możemy - mocą samego, mniej lub bardziej przypadkowego zestawiania mozaiki elementów danej kultury - określić jej paradygmat. Gdy będzie mowa o kulturze np. amerykańskiej - "amerykańskość"; a gdy o polskiej, przedwojennej kulturze Kresów - "kresowość"... itd. Wnioski same się narzucają. Na dodatek spełniająca ten postulat, tj. opis świata poprzez wyliczenie ***/17 sztuka abstrahowałaby od tradycyjnej europejskiej logiki, myślałaby całościami, jak poezja Wschodu (np. hai - ku) czy filozofia Zen. Na koniec tak rozumiane dzieło byłoby nie tylko nośnikiem nowych wartości estetycznych, ale i społecznych - pozwalałoby odbiorcy i twórcy podjąć próbę odnalezienia własnej, kulturowej tożsamości, uratowania "swoich korzeni" z potopu masowości i homogenizacji. .
Zrelacjonowałem tu konkretne postulaty Kontekstu i Paźniewskiego. Ale zdają się być one równocześnie jedną z możliwych artykulacji złudzenia, które kazało innym twórcom niedawnej "prozy młodych nazwisk", jak np. Janusz Anderman zestawiać światy swoich książek z opisów kolejnych melin, pijaństw, skrawków zasłyszanych przez narratora przypadkowych rozmów, znalezionych listów, różnych tekstów użytkowych typu "instrukcja obsługi" - złudzenia, że "ilość sama przejdzie w jakość", że skutkiem tego nagromadzenia szczegółów będzie na koniec syntetyczny obraz danej rzeczywistości. Obraz ów miałby zostać stworzony mocą syntezy całkowicie automatycznej. Pisarz nie powinien nawet próbować przeprowadzać jej samemu, gdyż powieliłby jedynie obraz gdzieś już w tekście tkwiący i do odczytania przez odbiorcę możliwy. .
Teza, że pomysły Paźniewskiego wyrastają z idei całej generacji znajduje dodatkowe potwierdzenie w tym, że obecna w opowiadaniach "Czystego szaleństwa" myśl o alegorycznym ukazywaniu świata leży również u źródeł stylizatorsko-kreacjonistycznego nurtu "młodej prozy" - pisarstwa Marka Sołtysika na przykład. .
.
*** .
.
Co wolno w eseju - nie wolno w powieści. Dlatego też to, co "w stanie czystym" zawierają eseje z tomu "Życie i inne zajęcia" - "Krótkie dni" muszą pogodzić z wymogami czytelności i (przynajmniej szczątkowo zachowanymi) regułami konstrukcyjnymi gatunku. Tylko eseje mogły być zbudowane z kilku zestawionych anegdot czy opisów rzadkich wydarzeń, które byłyby różnymi wersjami tego samego ***/18, lub między którymi miałyby się (wedle pisarza) rozciągać jakieś niewidzialne nici ***/19, składające się na paradygmat, czy strukturę głęboką ***/20 danej rzeczywistości - skrytą pod pozornie przypadkowymi szczegółami. .
"Krótkie dni", jeśli nie miały przekroczyć granic spójności tekstu (i stać się całkowicie nieczytelne), musiały - choćby najsłabiej - wyeksponować związki przyczynowo-skutkowe między przynajmniej niektórymi wydarzeniami. Stąd też świat przedstawiony tego utworu nie jest dokładną realizacją programu w jego wersji ze "Sporu o poezję"; zawiera jakby cienie wątków i sylwety postaci. Płynący w powieści strumień faktów uszeregowano następująco: .
- Po pierwsze, w cykl niby-wspomnień wychowanka Gimnazjum Krzemienieckiego, opowiadającego wypadki ostatniego, przedwrześniowego lata, która to - o nader swobodnym toku - relacja co raz rozpada się na osobne, na poły samodzielne sceny z życia mieszkańców (żydowskiego kupca Moszkowicza, rebe Rokachema, pana Muszalskiego itp.) kresowego miasteczka, zapewne Krzemieńca, i okolic. .
- Po drugie zaś, w historię romansu młodego kapitana artylerii konnej o wspaniałym nazwisku Nehrebecki i pełnej temperamentu rosyjskiej emigrantki Elizawiety. .
Historia opowiadana jest na przemian z punktu widzenia obojga; a ponieważ oficer jest kuzynem młodzieńca-gimnazjalisty (a niekiedy także przedmiotem jego opowieści) - świat "Krótkich dni" jest zarysowany wysoce symultanicznie i, w myśl postulatów "Kontekstu", prawdziwie mozaikowo. .
Sądzę, że widmowy charakter "wielkich figur semantycznych" utworu stąd się bierze, że sens włożenia narracji w usta paru osób wyczerpuje się w samej czynności formalnej - wprowadzenia symultanizmu. Ani "punkty widzenia" bohaterów nie są skontrastowane, co doprowadzić by mogło do dodatkowego oświetlenia faktów fabuły, ani nawet subiektywizm patrzenia się przez postacie na otaczający je świat nie jest na tyle konsekwentny, aby uczynić z nich osobowości. Zbyt często ich wypowiedzi mają walor tylko obiektywnego stwierdzenia faktu. Dlatego gimnazjalista jest jedynie medium przekazu, figurą stylistyczną, a kapitan z kochanką - dagerotypem. .
To jednak nie jest błąd pisarza, lecz przemyślane posunięcie. Paźniewski jest antypsychologiczny świadomie. Postacie, właśnie dlatego, że nie są niczym więcej niż jednym z elementów strategii "udawania" powieściowej struktury, doskonale pełnią swoją właściwą funkcję, tj. pozwalają pisarzowi wprowadzać i jakoś - w sposób przez czytelnika możliwy do zaakceptowania - ułożyć w całość materiał: niezliczone słowa, zdania, epizody, w których treściach, czy raczej pod treścią których (jak można sądzić z tego, co wiemy o zamierzeniach twórczych Paźniewskiego) byłyby skryte właściwe sensy "Krótkich dni". .
Powieść dosłownie nabito szczegółem z przedwojennego, kresowego życia i tamtejszym (lub niby-tamtejszym) językiem. Wydarzenia - fakty codziennego życia doprawdy trudno wymienić. Przekonany przy tym jestem o ich autentyczności, co do której częściowo upewniła mnie konfrontacja z eseistyką Paźniewskiego ***/21 oraz pełen podziwu dla mrówczej pracy pisarza: wertowania starych roczników czasopism, dziwnych druków i książek, rodzinnych może (Paźniewski urodził się w 1942 roku pod Toruniem) papierów. Jeśli zaś chodzi o "fakty języka" - słowa, to już na pierwszej stronie tekstu mamy: czerwieniejące łuby olszyn, oszemłane liście brzostów, przypadaną mgłę, letnie pełnowodzie, razchwieję, biło [mianownik liczby pojedynczej rodzaju nijakiego], tarakanie, krążlanie, mlecznik itd. Zdarzają się w książce całe fragmenty ogłoszeń prasowych, jakiś notatek, listów. .
Życiowy szczegół wprowadzono więc w tekst utworu pośrednio, ale także - jak każe prozatorski obyczaj ostatniego dziesięciolecia - bezpośrednio. Różnica między innym powieściami "rewolucji językowej w prozie polskiej" a "Krótkimi dniami" polega na tym, że o ile nowofalowy standard dotyczył współczesności - Paźniewski rekonstruuje przeszłość. Pisze "nowofalową" powieść historyczną ***/22. .
W świetle poprzednich ustaleń jasne są autorskie zamierzenia przypuszczalnie towarzyszące tworzeniu omawianej powieści ***/23. A skutki? Wydaje mi się, że spoza anegdot nie wystąpiła "struktura głęboka" galicyjskości, kresowości, pogranicza. A skoro konwencjonalnie potraktowane postacie nie zapewniły "Krótkim dniom" dostatecznej spójności, powieść rozpadła się - w moim odczuwaniu - na antologię (owszem, ciekawych!) dykteryjek typu: mówi Żyd do Żyda: Rokachem Hanoch, dam ci rubla, jeśli mi powiesz, gdzie znajduje się Bóg. - A ja ci dam dwa [...] jeśli mi powiesz, gdzie on się nie znajduje.***/24 Nie pomogły narratorskie komentarze-sugestie, w rodzaju: Kraina, pełna wyniosłości, przypominała dumnego wędrowca, który utrudzony zachodzi do napotkanego domu i mimo pragnienia nie mówi nic. [...] Innym razem, zapobiegliwa jak kupiec, lubiła obnosić się ze swoim bogactwem. ***/25 - Przytaczam pierwsze z brzegu zdania, jedne z wielu innych wskazujących na osobliwości krainy. .
Dlaczego? Bo dom składa się z fundamentów, ścian, korytarzy, pokoi. dachu, a nie z różnokształtnych cegłówek i nie poprzez opis tych cegłówek określimy jego bryłę i wnętrze. .
Co mam na myśli, nie będę wyjaśniał. Odsyłam ciekawych do liczących co najmniej sto pięćdziesiąt lat sporów o wyższość "prawdy fikcji" nad "prawdą faktów" lub odwrotnie, oraz równie szacownych (choć młodszych) ustaleń dotyczących różnic między "wielkim" i "małym" realizmem, tudzież zdolności tego ostatniego do stworzenia całościowego obrazu kreowanej rzeczywistości. .
.
* .
.
"Krótkie dni" mają duże znaczenie dla powieściopisarstwa kręgu "nowej fali" czy "językowej rewolucji". W pełni ukazują ograniczenia metody. Otóż zdaje mi się, że niepowodzenie próby zastosowania ongiś używanego języka i faktów "wziętych z minionego życia" do stworzenia głębszego obrazu przeszłości nie znanej czytelnikom i autorowi z autopsji - wyjaśnia istotną kwestię. .
Nie da się ukryć. Czytając Schuberta czy Andermana mieliśmy poczucie tożsamości kreowanego przez nich świata. Był jednością i był obrazem Polski współczesnej. Krytyka ogłosiła sukces metod "zapisu". Ale okazało się, że gdy Paźniewski użył podobnej (mniejsza o różnice indywidualne ***/26) metody - poczucia tego nie mamy. A zatem - nie metoda twórcza go zapewniała. To nie wymowa faktów - "okruchów życia" "zapisywanych" w "Zabawie w głuchy telefon", lub faktów języka gromadzonych w "Pannie Liliance" sugerowała czytającym, że te utwory mówią coś ważnego i w ogóle - cokolwiek. Jednością, kimś i czymś reprezentatywnym, był w nich zapewne tylko narrator i "obraz autora", ujawniający się głównie poprzez dobór tych a nie innych elementów polskiej rzeczywistości lat siedemdziesiątych. Ponieważ czytelnik dobrze znał tą rzeczywistość, określić mógł preferowaną przez twórcę (i jego bohatera) zasadę wyboru, a zatem i ich hierarchię wartości. Powieść "młodych nazwisk" najzupełniej więc konserwatywnie rysowała typową sylwetkę bohatera i ujawniała światopogląd autora. To było w niej realistyczne - co tradycyjne. .
Ale dotąd na podobne twierdzenie nie miałem niepodważalnych uzasadnień ***/27. Otóż "Krótkie dni" są pierwszym konkretnym dowodem na to, że powieść ostatniej dekady w literaturze dzisiejszej liczyć się może tylko jako symptom niezadowolenia wchodzącej w życie generacji, a nie - jako próba nowego realizmu (więc i dowodem na to, że realistyczne sukcesy „prozy nowych nazwisk” to złudzenie Henryka Berezy). Ta powieść zgodnie z młodoprozatorskimi receptami "składana" z cząstek uniwersum, z chwilą gdy nie było ono zasadniczo znane czytelnikom - nie dostarczyła im spójnego obrazu rzeczywistości, którą chciałaby odtworzyć, stworzyć czy zasugerować. Nie ukazała bowiem zasad, na których konstrukcję tej rzeczywistości oparto - światopoglądu autora. .
lipiec 1984.
.
III. Wybory i drogi .
(o współczesnej powieści politycznej)
.
.
"Dygnitarz" Janusza Andrzeja Łaniewskiego, "Trzynaście dni z życia emeryta..." Jerzego Stefana Stawińskiego, "Ceremonia upadku" Kajetana Pakowskiego, "W oczekiwaniu" i "Przed kurtyną" Mariana Kowalskiego, "Pełnia półistnienia" Zofii Bystrzyckiej, "Most nad przepaścią" Stanisławy Fleszarowej-Muskat, "Autopsja czyli dziennik kryzysu" Jacka Krakowskiego, "Kontredans" Zofii Nurowskiej, "Wyjaśnienie" Wacława Bilińskiego, "Nie można powtórzyć" Włodzimierza Sokorskiego, "Rok w trumnie" Romana Bratnego - naliczyłem dwanaście powieści opublikowanych w ostatnich latach w państwowych wydawnictwach, powieści których czas akcji obejmuje okres od połowy roku osiemdziesiątego po pierwsze miesiące stanu wojennego. To niekompletna lista; akurat te kupiłem... .
Łatwo skonstatować, że - w sytuacji gdy druk książki trwa u nas do sześciu lat - przeciętnie co dwa miesiące wychodzi współczesna powieść, której autor bądź odczuwa potrzebę ustosunkowania się do niedawnych wydarzeń, bądź w ogóle poświęca im utwór. Zjawisko to godne uwagi. Mamy do czynienia z wcale obfitym strumieniem teraźniejszości w polskiej literaturze, przy czym w sytuacji, gdy o twórczość aktualną w zasadzie nikt nie zabiega. .
.
***.
.
W szkicu swoim pragnę poruszyć m. in. następujące kwestie: Do jakich tradycji nawiązują współcześni pisarze realistyczni i polityczni? Jak rozwiązują artystyczne problemy "odzwierciedlenia" i zaangażowania? Jak widzą i oceniają współczesność. Rozpatrzę rzecz na przykładzie ostatnich czterech pozycji mających wyraźne ambicje polityczne. O pozostałych utworach albo już pisałem ***/28, albo wątek polityczny nie jest w nich najważniejszy, albo nie są reprezentatywne; część z nich - ma koniec - to utwory słabe. .
.
"Rok w trumnie".
.
Tej ośmioarkuszowej książeczce ***/29 dane było ziścić marzenie Bratnego o powieści dziejącej się "na dniach", o którym wspominał w "Pamiętniku moich książek". Dotychczas każda jego pozycja po parę lat leżała w cenzurze ***/30. Tym razem daty: zakończenia czasu akcji (sierpień 1982) i wydania dzieli wszystkiego pół roku. Pierwsze 100000 egzemplarzy rozprzedano natychmiast; drugi, zwiększony nakład leżał w księgarniach dwa, trzy dni. Rzecz to niewielka, niekiedy niechlujna (powtórzenia tych samych kwestii w ustach różnych bohaterów, niewyraźna chronologia wydarzeń itd.) - ale jest prawdziwym ewenementem: pierwszą (wyjąwszy "Matysiaków") powieścią, czytelnicy której w trakcie lektury, na bieżąco mieli okazję obserwować te same społeczne procesy, wobec których musieli się określać jej bohaterowie. .
Formalnie rzecz biorąc, "Rok..." jest apokryfem. To niby-pamiętnik postaci częściowo lub całkowicie fikcyjnej - byłego aktora Juliana Patryka, skazanego na 25 lat za zabójstwo w afekcie - ojczyma. Skutkiem starań siostry, ex-żony byłego prominenta otrzymuje ze względów zdrowotnych roczną przerwę w odbywaniu kary i w sierpniu 1981, po dziesięciu latach więzienia, zjawia się w Warszawie. Przeżyje teraz dużo: trzy namiętne romanse, śmierć siostrzeńca (był to prawy, choć młodzieńczo nierozsądny charakter, ogarnięty pragnieniem ekspiacji za domniemane winy ojca) zamieszanego w licealną konspirację i zmuszonego przez "towarzyszy broni" (po nieudanej "akcji") do samobójstwa; śmierć przyjaciela - jednego z założycieli "Solidarności", którego późniejsi działacze odsunęli od spraw związku a po 13 grudnia okrzyczeli kolaborantem (zabija go w końcu własny syn - tchórzliwy wódz wspomnianej konspiracji o "nowomowowej" nazwie: Centralny Zarząd Komandosów Ojczyzny - podrzucając będącemu tuż po zawale ojcu gazetkę z "czarną listą"). Ponadto odświeżający znajomości Patryk mieć będzie dużo okazji do spotkań z intelektualistami - liderami "kawiarnianej opozycji", a będąc całkowicie wyobcowanym ze środowiska - spojrzy na nich nieuprzedzonym wzrokiem. Nie odczuwa solidarności z nimi, ani z drugą - rządową stroną. Więzienie - powiada - wyleczyło go z ideologii, z bycia „za" ***/31... .
Bohater Bratnego z prawa komentarza korzysta nie tylko w odniesieniu do siebie samego. Nie pozostawia suchej nitki na inteligentach - opozycjonistach, jego zdaniem: wzdychających za milionami Johna Wayne'a [...] w swym dwustumetrowym mieszkaniu po zbankrutowanym wicepremierze ***/32, niegdysiejszych pieszczochach administracji Gierka, dziś organizujących po teatrach propagandowe przedstawienia obliczone wyłącznie na reakcje Zachodu; na fałszywych "autorytetach moralnych" judzących młodzież a samemu zmieniających poglądy "podług wiatru" (ongiś słynęli jako pogodzeni z politycznymi, powojennymi realiami "neopozytywiści", a dziś wygłaszają zdania typu: wola ludzka tworzy historię na równi z okolicznościami materialnymi zatem np. ogrzanie miast zimą jest niemożliwością w obliczu klęski moralnej naszego rządu ***/33). .
Oto dalsze próbki poglądów Patryka: .
- Nauczyłem się widzieć ludzi. Widzę i moje środowisko. I jego nienawidzę przede wszystkim. [...] Za blagę. Za zaszczyty. Przecież to dlatego majsterkowicze (tj. "przedsierpniowa" ekipa rządząca. której bohater Bratnego także nienawidzi; za ich czasów musiał obywać się w więzieniu utrzymaniem za dziewięć złotych dziennie - W.K.) brali tych nowych osłów w jasyr jako poetów, prozaików, dostojników od robienia panstwowotwórczych min. Grali nie swoje role, spostrzegli, że teatrzyk zbankrutował i postanowili sobie sami role napisać. [...] Próbują grać siebie i nie wychodzi. Bo tak naprawdę to ich nie ma. ***/34.
- Brzydzi mnie cała histeryczna zabawa protestującego, sytego i karmionego paczkowym żebractwem "środowiska". ***/35.
- Ci ludzie żyją w przekonaniu. że rzeczywistość jest sowieckim wymysłem, a naszym obowiązkiem jest nie przyjmować tego wymysłu do wiadomości. ***/36.
Prawdziwość - tych i im podobnych - ocen narratora uwierzytelniono nie tylko uwidocznioną w streszczeniu, niesłychanie nieżyczliwą dla posierpniowej opozycji istotą wydarzeń składających się na akcję utworu, lecz również licznymi anegdotycznymi epizodami, w których Bratny wyraźnie "stawia kropki nad i". Np. zaangażowany członek PZPR, w przeciwieństwie do ponoć krzywdzonych opozycjonistów, gnieździ się z rodziną w pokoiku i nie mają co na grzbiet włożyć; albo sytuacja następująca: dopiero co i zapewne koniunkturalnie nawrócony "solidarnościowiec" nie wie, jak się klęczy w kościele. W tej sytuacji ostateczną konkluzją staje się tytuł utworu. Dla autentycznie niegdyś przez władzę skrzywdzonego Patryka (dostał wyrok aż 25 lat z przyczyn wyłącznie politycznych) życie pośród takich ludzi jest gorsze od celi. .
Bratny napisał sprawną, złośliwą polityczną powieść polityczną wymierzoną przeciw określonemu środowisku i przeciw określonemu sposobowi myślenia. Aktualność książki pisarz pojął najprościej - jako możność użycia jej jako broni w walce, i - jak sądzę - "Rok..." w jakimś stopniu był narzędziem skutecznym... Utwór miał także ambicje realistyczne: zilustrowania (w kontekście szerszym niż tylko środowiskowy) biegiem akcji i całą fabułą sytuacji politycznej kraju na przełomie 19812 i 1982 roku. Ale o tym później. .
.
"Wyjaśnienie".
.
Nie jest to książka ***/37 aktualna w takim znaczeniu jak "Rok...". Bilińskiego wyręczył w obowiązku szybkiego reagowania np. "Dygnitarz" Łaniewskiego (tj. naprawdę Michała Radgowskiego), gdzie satyrycznie wykpiono prominenckie środowisko lat siedemdziesiątych, budując akcję tak, aby czytelnik odniósł wrażenie, że moment wydania książki jest jednocześnie tą chwilą naszej historii, kiedy grozi krajowi pozostanie na stanowiskach administracji średniego szczebla tych co i przed Sierpniem - a tylko "ustrojonych w odnowicielskie szatki" - osób. .
Biliński z dystansem spojrzał na problem działaczy rządzących niedawno w Polsce, rzecz przemyślawszy - wnioski ujął w kształt staranniejszy niż u Łaniewskiego i Bratnego. Skorzystał z możliwości, które dla potrzeb kreacji i oceny osobowości literackiego bohatera stworzyła nowoczesna proza. .
Postacią dla problematyki utworu centralną jest były dostojnik, ongiś "architekt" pożyczkowo- licencyjnej polityki lat siedemdziesiątych, która dała - jak wiemy - szczególnie żałosne ekonomiczne skutki. Do marca 1968 roku był urzędnikiem mniejszej rangi, następnie (za cenę rozwodu z pierwszą żoną - Żydówką) umacnia swoją pozycję. Powtórnie się żeni. Po Grudniu szybko "idzie w górę", jest ministrem w rządzie Piotra Jaroszewicza. Koniec dekady - jest końcem kariery. Na skutek kryminalnej afery w jego resorcie VIII Zjazd PZPR usuwa go ze stanowiska. Po Sierpniu nadal "zbierają się nad nim chmury". W momencie trwania akcji utworu (przełom 1980 i 1981 r.) milcząc już od tygodni siedzi w gabinecie w urządzonej z prominenckim przepychem ( załatwione przez zaprzyjaźnionego dyrektora muzeum osiemnastowieczne sekretarzyki, srebra po Sanguszkach ***/38 itd.) willi. Stanowiąc - wedle słów jednej z postaci - kliniczny obraz zrozumienia i przeżycia winy ***/39, pracuje nad "wyjaśnieniem": memoriałem mającym wskazać na istotne socjologiczno- ekonomiczne mechanizmy, które decydowały o gospodarczej i politycznej klęsce ekipy Gierka. Jako winowajcę tej klęski - wskazuje siebie. Kończy samobójstwem. .
Właściwa akcja (retrospekcje sięgają lat sześćdziesiątych) obejmuje wydarzenia ostatniego dnia jego życia widziane oczyma małżonki, pani Sylwii Olechnowskiej (de domo Bąbol), której myśli relacjonuje i której punktem widzenia operuje trzecioosobowy narrator. Niekiedy przyjmuje on także pozycję neutralną, ale wtedy przedstawia tylko wygląd postaci i scenerię, w której się one poruszają - daje didaskalia. Ostateczny efekt jest taki, że czytelnik ma wrażenie przyglądania się tragifarsowemu spektaklowi teatru marionetek. Wrażenie żałosno-groteskowej wymowy przedstawionych faktów pogłębia się z racji wybitnie niebłyskotliwego charakteru pani Sylwii - "bohaterki-reflektora". .
Tylko przez pryzmat jej umysłowości (i z czynionych przez inne postacie uwag - ale tak przekazanych, jak je Sylwia usłyszała i zapamiętała) widzimy właściwy problem utworu. A pani Olechnowska to pośrednik (w przeciwieństwie do Patryka z "Roku...") głęboko - zwłaszcza w ocenach - niewiarygodny. Np. zupełnie nie może ona pojąć, że jeśli ktoś nie kradł (omijanie przepisów i protekcja to dla Sylwii jedynie dowody zaradności i dobrego serca) i miał dobre zamiary, to jeszcze nie oznacza, by nie zawinił. Bohaterka nieustannie kompromituje się nie tylko głupotą. W zasadzie to nie o męża, a o zagrożone sekwestracją mienie się zamartwia. .
Wobec tego środkiem ukazania i udowodnienia powieściowej i zarazem socjologicznej (bo powieść Bilińskiego w sposób oczywisty odnosi się bezpośrednio do rzeczywistości, eksponuje swoje poznawcze funkcje) autorskiej tezy nie może być komentarz narratora. Będzie nim tylko fakt, bo jedynie fakty fabuły, rzucane niegdyś zdania i uwagi Olechnowskiego, komentarze i uwagi o Olechnowskim innych niż Sylwia osób (kierowca, służąca, itd.) - mają w sumie dość jasną wymowę. Zbliżone jakoś do siebie i charakterystyczne (tu np. należą wszystkie kwestie nt. podobieństwa trybu życia Olechnowskich i przedwojennego mieszczaństwa) składają się na rodzaj "obiektywnej" oceny, zalecanej zapewne czytelnikowi przez autora utworu. .
Biliński - sądzę - stara się zasugerować czytelnikowi tezę, że głównym błędem przedsierpniowej ekipy władzy był ideologiczny indyferentyzm, zapoznanie podstawowych marksistowskich pryncypiów odnoszących się do zasad analizowania bieżącej politycznej i ekonomicznej sytuacji. Olechnowskiego - na mocy konwencji wszelkich możliwych politycznych powieści, których postacie obowiązkowo nie tylko siebie reprezentują - postać typową charakteryzuje już samo uleganie słabostkom żony dbałej o pieniądz i towarzyską pozycję. Następnie: karierowiczostwo, uwielbienie gry politycznej "dla niej samej", zbyt wielka miłość do Zachodu. A oto jak całkowicie niemarksistowski jest jego sposób myślenia i jakie uznaje autorytety: - Pierwszy, wiesz, Amerykanie piszą, że łączy cechy robotnika i intelektualisty. Dlatego udało mu się porwać stoczniowców i zaapelować do intelektualistów [do żony o Gierku]. [...] ***/40.
- Pierwszy [...] miał plany, od których się w głowie kręciło. Od razu widać, że to człowiek wychowany na Zachodzie. [...] ***/41.
- Ja uważam, że Gomułka zleciał, bo stał się symbolem starczego skostnienia. Ci robotnicy (tzn. stoczniowcy z 1970 roku) na co dzień stykają się z całym światem. Niezależnie od tego, co tam się zdarzyło, czas zmusza nas, żeby inaczej, żeby śmiało, żeby dynamicznie. Nie oglądając się na dogmaty.[...] ***/42.
- Wszyscy byli wtedy [tj. przed 1980 rokiem - W.K.] przyjacielscy. [...] Po prostu nasz charakter narodowy. Albo serwilizm, włazidupstwo, czapkowanie. Albo warcholstwo, rabacja, rokosz. [...] Już tylko jedno wiem na pewno: urodzić się w Polsce to nieszczęście [o przyczynach teraźniejszej niechęci otoczenia]. ***/43.
Można z tezą Bilińskiego zgadzać się lub nie, ale jest pewne, że pokazał jedną z najistotniejszych cech myślenia Gierkowych technokratów. .
Trzecim pisarzem, który objął problematykę "sierpniową" i "posierpniową" z punktu widzenia politycznej lewicy jest Włodzimierz Sokorski. Jego powieść ***/44... .
.
"Nie można powtórzyć" .
.
jest kłopotliwą w recenzowaniu pozycją. Bohaterem jest ex-minister kultury, Andrzej Sokolnicki. Niedawno odszedł, ale "ma czyste ręce". Teraz jest publicystą, kieruje Zarządem Wydawnictw, pisuje notatki z różnych rozmów i rozmyśla o polityce. To wyliczenie można by uzupełnić o romanse, domysły na temat samobójstwa przyjaciela - ale streszczenie tych wydarzeń nic by do oceny powieści nie wniosło. Fabułę zmontowano tu sztucznie - byle by było na czym rozpiąć liczne dialogi. Ma co prawda jeszcze inne funkcje: powinna zaintrygować czytającego i "dowartościować literacko" bohatera, ale się z nich nie wywiązuje. Sprawa Dagona (dlaczego się zabił - prominenckie wyrzuty sumienia? tajemnice alkowy?) jedynie rozdyma tekst, a "dowartościowanie" bywa karykaturą, skoro sprowadza się do przerywania dialogów o polityce kwestiami typu: "zrób mi jajecznicę na szczypiorku". .
Powieść jest nienajlepsza: zawiera elementy dysfunkcjonalne, czasem śmieszy (np. dokonanie się z chwilą wprowadzenia stanu wojennego ostatecznego ideologicznego podziału społeczeństwa zilustrowano fiaskiem zalotów bohatera do urodziwej opozycjonistki - akurat w nocy 13 grudnia), ale - paradoksalnie - w swej niezborności zapowiada pewną perspektywę rozwoju gatunku. Bardziej rokującą nadzieje niż przedłużanie lekko zmodyfikowanej tradycji realistycznego romansu tendencyjnego (Bratny) lub dostosowanej do potrzeb polityki francuskiej antypowieści (Biliński). .
Zapytajmy: jak spojrzelibyśmy na "Nie można powtórzyć" nie biorąc pod uwagę powyższych niedostatków? .
Przede wszystkim utwór zawiera wiele uwag na temat bieżących (od jesieni 1980 do grudnia 1981) wydarzeń politycznych tudzież niesionych przez nie treści ideowych, żywo interesujących wówczas komunistów. Chodzi o problemy w rodzaju: Kto jest po powstaniu Solidarności na polskiej scenie politycznej lewicą, a kto konserwatystami ? Czy ów ruch jest kontrrewolucyjny, czy rewolucyjny? Czy jego powstanie oznacza przemianę polskich robotników z "klasy w sobie" w "klasę dla siebie", czy jest raczej wmanipulowaniem im "świadomości obcej"? Sokolnicki myśli i dyskutuje o tych i podobnych sprawach przebywając w pobliżu co istotniejszych wydarzeń owego czasu. Przy czym ewolucja jego rozmyślań - chyba typowa dla wielu ówczesnych członków PZPR - przebiega generalnie w kierunku: od ideologii ku polityce, tj. od wstrząsu ideowego, poprzez nowe ustalenie sobie konkretnych treści marksistowskich aksjomatów, aż do skupienia się na konkretnych wydarzeniach, przewidywaniu scenariuszy. Podejrzewam nawet, że autor sam robił zapiski i złożył je w powieść. O bohaterze zaś powiedzieć można, że zajmuje postawę centrową. Z jednej strony widzi niepowtarzalną szansę przeprowadzenia w kraju reform, z drugiej jednak nie chce "odnowy" rewidującej podstawy ustroju. Do końca też nie odpowie sobie na pytanie, ku czemu zmierzają wypadki. .
Oceniając powieść pod kątem sprawności fabularnej, wedle norm ukształtowanych przez tradycje powieści realistycznej, w której istotnych nośnikiem problematyki była zdarzeniowość (powiązania faktów w obrębie fabuły symbolizowały realne zależności w świecie rzeczywistym) przyznać musimy, że fabułę "Nie można powtórzyć..." rozsadził dyskurs i zadań nie spełnia. .
Zawiedziemy się także poszukując u Sokorskiego uniwersalnych wartości psychologicznych, ciekawej osobowości bohatera. W prozie współczesnej tzw. "prawdziwy człowiek" jest nie tylko (jakby pragnął pisarz) funkcją swoich seksualnych zachowań, ale raczej sprawą odpowiedniej konwencji narracyjnej. Format i prawdę jednostki ludzkiej mierzy się zawartością informacyjną utworu, która poszerza się w momencie wprowadzenia narracji personalnej, bo o człowieku można opowiedzieć najwięcej opisując świat takim, jakim go on widzi. Niemniej skutkiem pewnego poznawczego złudzenia (z różnych przyczyn tę konwencję pisarską poznano w Polsce z dzieł o dominującym wątku obyczajowo-miłosnym) Sokorski, Bratny (jak i wielu ich czytelników) prawdziwie po socrealistycznemu uzależniają wielowymiarowość, bogactwo osobowości bohatera od obecności w przedstawionym świecie utworu pewnych motywów tematycznych. Najprawdopodobniej ich zdaniem - właśnie erotyka wzmaga autentyczność przedstawianych osobowości, a zachowania polityczne są "płaskie". Umieszczają więc w omawianych tu książkach obok rozmów o polityce liczne opisy seksualnej sprawności bohaterów, chcąc ich "literacko nobilitować". Oczywiście nie daje to spodziewanych rezultatów w sytuacji, gdy posługują się starą, realistyczną narracyjną konwencją, a czasami - śmiem twierdzić - skutki urągają zamierzeniom. .
A teraz wyobraźmy sobie, że z "Nie można powtórzyć..." usunięto: i resztki fabuły, i wszystkie "literackie uszlachetnienia". Według mnie, mielibyśmy wówczas w tej książce właśnie do czynienia z interesującym wizerunkiem jednostki określającej się i określanej wyłącznie poprzez poglądy, ideologię, widzenie otaczającego go środowiska elit władzy. Byłby to wizerunek prawdziwego homo politicus, a przy tym otwarty i niejednoznaczny, to znaczy taki, jaki wedle dzisiejszego mniemania odpowiada prawdziwej naturze człowieka. Można oczywiście rzec, że to utopia, że przecież kwestię słuszności i istoty poglądów Sokolnickiego określa "do końca" znany czytającemu bieg historii (niwecząc efekt niejednoznaczności, otwartości). Ale do pomyślenia jest przecież taka powieść stricte aktualna - publikowana, gdy procesy o których opowiada są jeszcze w toku, gdy wydarzenia interesujące literacką postać nie są jeszcze poprzez swe skutki określone i zamknięte także i w pozaliterackiej, realnej rzeczywistości. Nie byłby to utwór co prawda zbyt podobny do romansu Sokorskiego, ale taka możliwość wyraźnie prześwieca poprzez niekonsekwencje "Nie można powtórzyć...". .
.
*** .
.
Mimo różnic, książki Bratnego, Bilińskiego, Sokorskiego zbliża do siebie realistyczny cel: stworzenie wiarygodnego i wnikliwego obrazu określonych fragmentów rzeczywistości ostatnich lat, by tym sposobem przekonać czytelnika do głoszonych racji. Czynią to autorzy dwojakim sposobem. Bratny i Sokorski (abstrahujmy od wskazywanych przez jego powieść możliwości) rozumieniem pisarskich zadań bliscy są koncepcji znoszenia zasadniczej odmienności między sztuką a życiem poprzez dążność do bezpośredniego ingerowania tekstem w rozwój rzeczywistości; Biliński woli dystans, ocenę zakończonych procesów. Przyjmują też różnorakie techniki odzwierciedlenia. Bratny nawiązuje do klasycznego modelu powieści i uwiarygodnia swe tezy narracją pamiętnikarską, już od osiemnastego wieku uznaną za przekonywającą, tworzy opowiadacza, który właśnie dzięki dziwacznemu życiorysowi ma zyskać rangę niezależnego autorytetu. .
Ponadto Bratny korzysta z odwiecznego prawa do ilustrowania "prawdy epoki" niekoniecznie prawdziwymi, ale prawdopodobnymi faktami fabularnymi. W przypadku powieści współczesnej to bardzo ryzykowny zabieg. Wspomnijmy na przykład sprawę "akcji", której nie udało się przeprowadzić siostrzeńcowi Patryka.
Otóż Kuba ma zastrzelić dwu oficerów. Mierzy z pistoletu, naciska spust... lecz strzał nie pada, a oficerowie (na służbie!!!) nie reagują, rzucając jedynie chłopakowi uwagę, aby nie bawił się straszakami ***/45. Tak się akurat składa, że orientuję się w regulaminach i ówczesnych zarządzeniach obowiązujących w wojsku, a przede wszystkim znam z własnej praktyki życiowej najczęstsze wtedy zachowania żołnierzy czy oficerów i ta wiedza każe mi uznać za absolutnie nieprawdopodobne takie zignorowanie wymierzonej w siebie broni. .
Jako krytyk wiem oczywiście, że to wydarzenie na planie ogólnym jest jedynie ilustracją tezy: "W 1981 roku armia zachowywała się nader wstrzemięźliwie". Ale jako czytelnika opisana sytuacja mnie nie przekonuje. .
Biliński natomiast nikogo nie musiał przekonywać o prawdziwości swojej wizji rzeczywistości siedemdziesiątych i osiemdziesiątych lat (najwyżej można się nie zgadzać z jego interpretacjami). Fakty są jasne. Prawie nikt nie wątpi w winy ówczesnych prominentów. Dlatego też wystarczały mu te wątłe możliwości stwarzania realistycznego obrazu i skomentowania go, które dawała antypowieść. Zaiste są skromne. Podstawowe prawo odbioru powieści personalnej głosi jedynie, że czytelnik ma przyznać rację zdaniu bohatera lub - jeśli wystąpi najmniejszy sygnał autokompromitacji (a dość ich jest w "Wyjaśnieniu") - poglądowi przeciwstawnemu do zdania bohatera. .
.
"Kontredans" .
.
Nurowska też nie musi nikogo przekonywać o tym, że mówi prawdę, ale to dlatego, że w ogóle nie chce zmieniać czyjegokolwiek poglądu. Dając pod względem konstrukcji i stylu dzieło ***/46 pozornie wysoce artystyczne - jego ładunek polityczny zaczerpnęła wyłącznie z krainy powszechnie obowiązującego stereotypu. Bowiem ani nie chodziło jej o stworzenie koherentnego i konkretnego obrazu rzeczywistości mającego poszerzyć wiedzę historyczną i politologiczną czytelnika, ani nie o przekonanie kogokolwiek do nietypowej interpretacji faktów tej rzeczywistości, lecz chciała umocnić pewien typowy sposób myślenia. Nurowska - mówiąc najprościej - pisze tylko dla myślących jak i ona. .
Ponadto powieść nie jest "polityczną" w tym znaczeniu, co dotychczas omówione. Można raczej pisać o obecności politycznych celów i funkcji istniejących obok tematyki "kobiecej" i psychologicznej: walki dwu sióstr o sprawowanie opieki nad synem jednej z nich. Wygrywa matka przybrana, Krystyna - nie mogąca mieć własnych dzieci, za to piękna, szlachetnego charakteru, o silnie rozwiniętym instynkcie macierzyńskim. Ale jej sukces jest krzywdą "matki biologicznej", Anny, której i bez tego zdarzają się wszystkie nieszczęścia (i równocześnie konwencjonalne literackie wyznaczniki głębi osobowości) takie jak: choroba psychiczna, narkomania, alkoholizm, seksualna dewiacja. Zresztą ostateczne ustalenie psychicznych sylwetek sióstr jest trudne, bo ich monologi wewnętrzne zawierają przeciwstawne wersje ważnych dla ich charakterystyk fragmentów wspólnej przeszłości. .
Ale owa dążność do niejednoznaczności będąca podstawową zasadą literackiego psychologizmu (zasadą i tak nieustannie naruszaną w "Kontredansie", bo Krystyna co i rusz okazuje się też ”obiektywnie” od Anny sympatyczniejsza) zawsze znika, gdy tylko siostry zaczynają myśleć o bieżących wydarzeniach w kraju. Przy czym określona interpretacja tych wydarzeń jest przez Nurowską wyrażona nie wprost, a wynika ze skomplikowanego systemu aluzji, który funkcjonuje wedle prawa kumulacji sensów. Mam na myśli całość, na którą składają się: sensy wspominanych pozornie bez uzasadnienia, kojarzonych luźno w wewnętrznych monologach - faktów historycznych, sensy faktów doświadczeń osobistych naszych bohaterek, treść napomknięć świadczących o sposobie widzenia przez bohaterki "pogrudniowych" miesięcy. .
Zacznijmy od historii. .
Gdyby sądzić współczesne dzieje Polski tylko po wydarzeniach przypominających się siostrom, trzeba by kompletnie przesunąć akcenty. Oto cała ich rodzina nie poniosła podczas wojny strat. Ojciec zginął - ale po wojnie. Więcej, z całego miasteczka, gdzie siostry mieszkały, Niemcy nie skrzywdzili nikogo. Ktoś za to, lata już po okupacji musiał wracać spod gór Kaukazu; paru innych "zniknęło" w latach czterdziestych i pięćdziesiątych; na przykład listonosz - za to, że podśpiewywał "Lance do boju, szable w dłoń" ("Bolszewika goń, goń, goń" - brzmi zapobiegliwie nie przytoczony przez autorkę ciąg dalszy). Udział Krystyny w Powstaniu Warszawskim sytuacji nie zmienia. .
Dalej: osobiste dzieje Krystyny. .
Ma za sobą stalinowskie więzienie, bicie (jest bezpłodna skutkiem wprawnego kopnięcia strażniczki), a wszystko to - rzecz jasna - "za nic", za dziecinną konspirację. Później znalazła pracę jako dziennikarka, ale de facto wolności nie odzyskała - wbrew pozorom nie miała wyboru zmieniła się tylko płaszczyzna przymusu ***/47. Miejsce w redakcji zdobyła godząc się na coś, przed czym wszystko się w niej buntowało ***/48. Okres "polskiego października" był tylko w tym martyrologicznym życiorysie krótkim "oddechem", kiedy to pisała reportaże którymi udało się jej ocalić w wielu ludziach wiarę w drugiego człowieka ***/49. Później znowu: szept, którego nie była w stanie dosłyszeć [...] groźniejszy od słów. Żaden cudzoziemiec nie umiałby tego zrozumieć, trzeba się było tutaj urodzić, by chociaż trochę pojąć [...] i wiedzieć, dlaczego po grudniu następuje czerwiec, a po czerwcu znowu grudzień ***/50. W czasie, gdy toczy się akcja Krystyna jak wszyscy uczciwi ludzie ma kłopoty ***/51, nie weryfikują jej, a plany zawodowe łączy z parafialną kancelarią. .
Wypadki bieżące. .
Te stwarzają bohaterkom (jak i zapewne autorce) najwięcej okazji do manifestowania swoich politycznych poglądów. "Wspólnego syna" internowano, akcja się toczy wokół uzyskania zezwolenia na widzenie. A my mamy najlepszą okazję, aby wskazać zasadnicze cechy propagowanego w "Kontredansie" sposobu patrzenia na polityczną współczesność. .
- Po pierwsze sposób w jaki siostry percypują rzeczywistość jest klasycznie "czarno-biały". Po jednej stronie są wszyscy uczciwi, np.: siwa kobieta o głowie i profilu Chopina ***/52, Prymasowski Ośrodek Pomocy, młodzież. Po drugiej - „oni”, np.: popaździernikowy naczelny pisma Krystyny (Popatrzyły na nią na wpół przykryte ciężkimi powiekami oczy. Ze zdumieniem stwierdziła, że są obojętne ***/53.), sędzia - kurator internowanych (Jego twarz była jak martwa. Ziemista cera, zastygłe rysy. Grube powieki na wpół przykrywały oczy. W tej twarzy nie drgnął żaden mięsień, nawet dolna szczęka sprawiała wrażenie, że porusza się na zawiasach ***/54), strażniczka z więzienia w Białołęce (spojrzenie miała ptasie, drapieżne ***/55), dziwnie umundurowani milicjanci (w czapkach przypominających [podkreślenie moje - W.K.] rogatywki ***/56), żołnierze i w ogóle każda państwowa instytucja. Na przykład Anna umiera, gdyż pogotowie ratunkowe się spóźniło, a siostra z prywatnym lekarzem - nie zdążyli. .
Po drugie, to myślenie ma charakter irracjonalno-agenturalny. „Oni” działają z diabelską przebiegłością. Tylko dlatego np. udzielili internowanym zezwolenia na wyjazd za granicę. Oto przykład dialogu, do którego dołączone charakterystyki interlokutorek dobitnie wskazują, gdzie racja: .
- Ja tam uważam, że wszystko w porządku. Dać ludziom wybór. .
- Tu nie ma żadnego wyboru, to przymus. czy pani tego nie rozumie?
***/57.
Jedynym oczywiście „ich” celem jest obrzydzanie "prawdziwym Polakom" życia. .
Po trzecie, jest to myślenie absolutnie pewne własnej racji. Tak bardzo, że nie dopuszcza nawet, aby istniała inna. Nikt nie może „ich” popierać naprawdę. Tak np. wygląda oglądana przez Annę scena z dziennika TV: Na ulicy stoi patrol. W jakiejś chwili podeszła do nich kobieta, zwyczajna, w ciepłym palcie. [...] Nieco lękliwie, z uśmiechem przyklejonym do warg [podkreślenie moje - W.K.] podsunęła żołnierzom bombonierkę. [...] Wszystko odbywało się bezgłośnie na tle spikera wyjaśniającego całą tę pantomimę: - Mieszkańcy stolicy dziękują żołnierzom za przywrócenie porządku w mieście. Tu następuje komentarz: Anna skrzywiła się, jakby ją rozbolał ząb; wyłączyła telewizor ***/58. .
Na koniec dodam, że Krystyna ma czytelnikom do zakomunikowania i konkretniejszy, głoszony wprost, polityczny program. Krytykuje mianowicie działaczy "Solidarności", za brak hartu, zniechęcenie owocujące staraniami o wyjazd. Wedle niej: tu trzeba być [...] tu trzeba trwać ***/59. Przyznajmy, że nadaje to "Kontredansowi" aktualny posmak. .
Najważniejsze dla oceny powieści to rozstrzygnąć, czy powyższy sposób myślenia w zamierzeniu autorskim ma być przez czytelnika traktowany serio, czy też - jako twór kreowany - może podlegać krytyce. Niestety, nie widać jakichkolwiek oznak dystansowania się autora, a prócz tego poglądy sióstr w sposób oczywisty są subiektywną ich własnością - tylko pozornie. Wnoszę o tym z faktu podporządkowania problemów psychologicznych polityce. Dla w pełni poważnego potraktowania problemu "walki o syna" należałoby do końca utrzymać równowagę racji obu kobiet. Tak jednak nie jest - Anna na koniec przyznaje się sama przed sobą do wychowawczych i życiowych błędów. Dlaczego? Bo Krystyna musi być postacią w pełni pozytywną. Bez pełnej sympatii czytelnika w kwestiach rodzinnych - nie zdobyłaby i politycznego jego zaufania, a na tym zaufaniu autorce nadzwyczaj zależy. Powiem więcej - cała problematyka psychologiczna "Kontredansu" staje się w tej sytuacji jedynie - podobnym do "psychologiczno-egzystencjalnych" chwytów Sokorskiego i Bratnego - sposobem na uatrakcyjnienie powieści i jej literacką nobilitację. Z tym że "na pierwszy rzut oka" wcale tego nie widać! "Kontredans" wysokoartystyczną, psychologiczną powieść nieomal do końca bardzo sprawnie udaje. .
"Kontredans" jest więc powieścią, której (drogą zastosowania wobec odbiorcy swoistego a skutecznego podstępu) udało się uciec z publicystycznego getta, uniknąć zakwalifikowania przez odbiorców do rzędu archaicznych, realistyczno-politycznych utworów, bez szkody jednak dla tendencyjnego, politycznego ideowego ładunku. Przecież cytowane "martwe twarze", "przymknięte oczy" warte są słynnych "zepsutych zębów wroga klasowego". Tendencyjnym ambicjom zawdzięcza powieść i aluzyjność (wydanie powieści w państwowym wydawnictwie świadczy, że cenzura musiała być ślepa, albo nie chciała interweniować!) za którą jednak drogo przyszło zapłacić.
. Z natury aluzji wynika, że się ją rozpoznaje. Aluzyjnie zawarty w dziele pogląd może być wykryty tylko przez kogoś, dla kogo nie jest nowością, i kto go raczej akceptuje. "Kontredans" więc - wiedzy nie dostarczając, a jedynie odwołując się do niej - nic nie reinterpretuje, nikogo nie przekona, nie nawróci. Nurowska przeprowadza więc zatem jedynie polityczne rekolekcje oraz wprowadza miłą atmosferę konsumpcji zakazanego owocu, tym sposobem dopiero sugerując czytelnikowi, że dostarcza mu wiedzę o Polsce nową, cenną, "w głowie się nie mieszczącą". .
Wniosek: "Kontredans" jest schlebianiem czytelnikowi (nie natęża on umysłu, utwierdza się w stereotypach rozumowania)... i misternym wobec niego oszustwem. A tak, przy okazji, warto zaznaczyć, że - od dawien dawna - artystyczne wykładanie odbiorcy tez, którymi już pobrzmiewały różne propagandy nieodmiennie dawało niezmiernie nudny rezultat. .
.
***.
.
Jeśli nie chybiłem doborem i nie pominąłem jakiegoś istotnego dzieła, nie pomylę się chyba konstatując trudną sytuację gatunku. Gdy po wielu, wielu latach, po raz pierwszy od przełomu pięćdziesiątych i sześćdziesiątych lat znów wyszły w Polsce aktualne powieści polityczne, okazało się, że - jak i kiedyś - nadal nie mogą siły i łatwości przekonywania połączyć z artystycznym kształtem, aktualnością, doniosłą zawartością intelektualną. Pisane w nowoczesnej konwencji "Wyjaśnienie" nie jest aktualne, a "Kontredans" - merytorycznie wartościowy. Z kolei aktualne dzieło Bratnego i (nieomal aktualne) - Sokorskiego nie spełniają wymogów nowocześnie pojmowanego artyzmu. W dodatku pisarze usiłowali tym wymogom sprostać za pomocą technik przynoszących kontrowersyjne rezultaty. .
Antynomię "polityczności" i "artyzmu" zasadniczo jeszcze można usunąć, jeśli się wyzbyć poczucia artystycznej "niższości" tematu politycznego. Jak wykazałem analizując "Nie można powtórzyć", personalna, tj. powszechnie uznawana za wysokoartystyczną i aktualna powieść o polityce w zasadzie byłaby możliwa, jeśliby tylko zrezygnować z poglądu, wedle którego pełne ukazanie człowieka - to ukazanie go we wszystkich możliwych (a koniecznie - erotycznych) życiowych sytuacjach. To myśl przestarzała. Podobnie i tak samo daremnie "poprawiano" jeszcze powieści polskiego socrealizmu. .
Lecz nawet powstanie powieści równocześnie wysokoartystycznej, personalnej oraz czysto politycznej jeszcze nie rozwiązałoby automatycznie najważniejszej dla gatunku kwestii autorytetu, siły przekonywania. Antypowieści, zwłaszcza gdy nie są już nowością, mają pod tym względem możliwości ograniczone. Dlaczego niby czytelnik miałby wierzyć sugestiom ich opowiadacza, skoro ten tylko we własnym imieniu mówi? Kiedyś tak bywało, że powaga narratora była wsparta o uniwersalny autorytet... .
Poglądy bohaterów powieści współczesnych prezentują więc dzisiaj tylko ich (tzn. bohaterów) racje. Wszystko z recepcją powieści w porządku, jeżeli nie są to racje kontrowersyjne. Jeśli tylko między pisarzem i czytelnikami istnieje choćby częściowa zgodność spojrzenia, pisarz może mieć nadzieję na dobre przyjęcie, połączone z pożądaną modyfikacją poglądów swego odbiorcy. .
Przypadek Nurowskiej jest natomiast przykładem pójścia po najmniejszej linii oporu. .
A przecież powieść polityczna ma walczyć, zmieniać społeczne nastroje, przekonywać, zyskiwać zwolenników. Najlepiej się rozwija w warunkach społecznych wstrząsów, przemiany, gdy naród się dzieli, mało jest wspólnych ustaleń i nie o nie najbardziej chodzi! Jeśli nie liczyć prymitywnych stereotypów, problemy, co do których ludzie - świadomie i po zastanowieniu się - uzyskali konsensus, z natury rzeczy nie są aktualne. Wspólne zdanie ustala się długo... "Wyjaśnienie" byłoby "na dniach" w 1980 roku, a spełniająca tę ambicję Nurowska poza łatwe ogólniki wyjść nie tylko nie chciała, ale i nie mogła. .
W tej sytuacji zwłaszcza Bratny wolał zgodzić się na "nieartystyczność" i - aby być skutecznym - powrócił do wypróbowanych metod retoryki tendencyjnej. Brak uniwersalnego autorytetu trzecioosobowego narratora zrekompensował szczególnym życiorysem swego pierwszoosobowego opowiadacza i zadbał o (swoisty od lat dla utworów "z tezą") podwójny system zabezpieczeń: prawdziwość sądów narratora nie ulega zakwestionowaniu przez czytającego, bo jest zweryfikowana przez wymowę faktów fabuły, fabuła zaś wydaje się "prawdziwa", bo ją narrator umie objaśnić. .
Ale także to nie było wyjściem. Nie da się przecież dziś i o dzisiejszym świecie napisać powieści klasycznie realistycznej (a tym bardziej klasycznie tendencyjnej) takiej, która zaspokoiłaby czytelnicze gusta. A powieść, która ich nie zaspokaja oddziaływać będzie w sposób ograniczony. .
Czy więc ostatnie ożywienie jest także zmierzchem ambitnej, politycznej powieści, bez której przecież trudno sobie wyobrazić ważną społecznie literaturę? Nie wiem. Mnie osobiście się marzy powieść zupełnie inna niż wyżej omówione... To znaczy taka, która nie tyle prezentuje racje i usiłuje do nich przekonywać, co raczej uczy czytelnika takiego sposobu myślenia, który - gdyby w praktyce go wdrożyć i w realnym życiu zastosować - pozwoliłby temu czytelnikowi z analizy rzeczywistości wyciągnąć wnioski, które i autor uznałby za słuszne. Bo choć się mówi, że racji tyle co ludzi - polityka jest rzeczą konkretną. Z każdej z danych nam w tej sferze ludzkiego działania sytuacji istnieje zwykle tylko jedno słuszne wyjście i ktoś je musi wskazywać. .
.
listopad 1984.
.
Przypisy: .
.
***1. Poważnie skrócone wersje tych tekstów ukazały się w następujących czasopismach: „„Odeszli” Kazimierza Wyki. Rozważania normatywne" w: "Pismo Literacko-Artystyczne" 1984/1; "Długie dni czystego szaleństwa" w: "Pismo Literacko-Artystyczne" 1986/5; "Polityka jest rzeczą konkretną. O współczesnej powieści" w: "Życie Literackie" 1984/51. Prezentowana tu wersja - w druku. .
***2. Kazimierz Wyka "Odeszli", Warszawa 1983, posłowie M. Wyki. Wszystkie cytaty według tego wydania. Tu s. 12. .
***3. Op. cit. s. 58. .
***4. W tomie: "Kazimierz Wyka. Charakterystyki, wspomnienia, bibliografia", pod redakcją H. Markiewicza i A. Fiuta, Kraków 1978. Zestawiły ją: Zofia Grabowska i Marta Głowacka. .
***5. Op. cit. s. 193 i 17. .
***6. Por. op. cit s. 131. Naprawdę nie sądzę, aby 99 procentom czytelników zdała się na coś następująca uwaga Wyki: Za najlepszy przewodnik praktycznego postępowania przy odtwarzaniu osobowości uważam dzieło Samuela Mounier "Traite du caracters" (Paris 1947), a specjalnie wywody w rozdziałach "Strucrure typiqe et structure personelle" oraz "Caractere donne et caracrere voulu" (s. 38-62). .
***7. Por op. cit. s. 53. .
***8. Cyt. Włodzimierz Paźniewski: "Z ostatniej chwili", Warszawa 1973, s. 14 - tomik trzeciej serii "Generacji"..
***9. "Krótkie dni", Warszawa 1983. .
***10. Nazywam tak wszystko, co tzw. "młoda literatura" stworzyła od wystąpienia grupy "Teraz" - świadom oczywiście, że Paźniewski i jego koledzy na poetyckiej mapie pierwszej połowy lat siedemdziesiątych chcieli się sytuować w opozycji do tej grupy. .
***11. Cyt. W. Paźniewski, S. Piskor: "O poezję naszego czasu", w: "Poezja" 1973/2, ss. 14-12; cytuję za: Andrzej K. Waśkiewicz: "Formy obecności "nieobecnego pokolenia"", Łódź 1978, ss. 91-92. .
***12. Włodzimierz Paźniewski, Stanisław Piskor, Tadeusz Sławek, Andrzej Szuba: "Spór o poezję", Kraków 1977. .
***13. Włodzimierz Paźniewski: "Czyste szaleństwo", Kraków 1984; wszystkie cytaty za tym wydaniem. .
***14. Cyt. W. Paźniewski: "Czyste szaleństwo", s. 56. .
***15. Cyt.: W. Paźniewski i in.: "Spór o poezję", ss. 145-146. .
***16. Por. Włodzimierz Paźniewski: "Życie i inne zajęcia", Warszawa 1982, (dalsze cytaty za tym wydaniem). Natomiast wspomniane nie zacytowane fragmenty "Sporu o poezję", to następujące szkice: "Ex oriente luks?" W. Paźniewskiego i S. Piskora, "Dewiacje i fetysze" W. Paźniewskiego i A. Szuby, "Zaścianek czy uniwersum" W. Paźniewskiego. .
***17. Cyt. W. Paźniewski: "Życie i inne zajęcia", Warszawa 1982, s. 153.
***18. Cyt. W. Paźniewski: "Życie i inne zajęcia", s. 104. .
***19. Cyt. W. Paźniewski: "Życie i inne zajęcia", s. 145. .
***20. Cyt. W. Paźniewski: "Życie i inne zajęcia", s. 6. .
***21. Rzecz w tym, że niektóre motywy, zdarzenia. anegdoty powtarzają się w obu książkach, a jest prawie pewne (inaczej eseje nie miałyby sensu), że Paźniewski wykorzystywał autentyki. Na przykład cytowaną niżej za "Krótkimi dniami" historię sporu o istnienie Boga opisano w "Życiu..." na stronie 33. .
***22. Później ukazały się inne przykłady tej odmiany gatunku. Patrz np: W. Kajtoch: "Okładka i reszta" w: "Student" 1985/6 (rec. z: A. Szymański "Z drugiej strony lustra", Kraków 1984). .
***23. Zaznaczyć warto, że Paźniewski dał się również poznać jako gorący zwolennik "nurtu galicyjskiego" naszej prozy. Dostrzegał w nim przypomnienie niebagatelnej dla nas tradycji. .
***24. Cyt. W. Paźniewski: "Krótkie dni", s. 56. Patrz esej "Ostatni spór o istnienie Boga" z "Życia i innych zajęć". .
***25. Cyt. W. Paźniewski: "Krótkie dni", s. 197. .
***26. Przyjmując inny kąt interpretacji ich opis pozostawiam innym recenzentom. Wiem, że powieść Paźniewskiego nie tylko tematem, ale choćby kulturą, brakiem naturalistycznego czy erotycznego epatowania czytelnika oraz szczególnie poważnym traktowaniem powołania sztuki - wyróżnia się korzystnie na tle przeciętniejszej produkcji "prozy nowych nazwisk". .
***27. Porównaj moje teksty o powieściach (lub o omówieniach tych powieści) i opowiadaniach zaliczonych do nurtu "rewolucji językowej": "Człowiek w mieście" w: "Magazyn Kulturalny" 1977/2 (rec. z: J. Anderman "Zabawa w głuchy telefon", Warszawa 1976); "Powtórka z moderny" w: "Nowy Wyraz" 1977/4 (rec. z: J. Dżeżdżon "Oczy diabła", W-wa 1976); "Czy tylko groteska?" w: "Student" 1977/6 (rec. z: Z. Brzozowski "Dycha z Kopernikiem", W-wa 1976); "O meandrach młodej prozy" w: "Student" 1979/3 (rec. z: M. Orski "Etos lumpa. Szkice literackie", Wrocław 1978); "W sprawie prozy Siejaka" w: "Argumenty" 1985/23 (rec. z: T. Siejak "Oficer" i "Próba", W-wa 1981 i 1984); "Kryzys inteligenta, kryzys w jego oczach" w: "Student" 1985/14 (rec. z: J. Krakowski "Autopsja albo dziennik kryzysu", Łódź 1983). .
***28. Porównaj następujące moje teksty: "Martwy język" w: "Życie Literackie" 1982/36 (rec. z: J. S. Stawiński "13 dni z życia emeryta. Dziennik Adama Bzowskiego (15.12.1979 - 27.12.1979)", W-wa 1982; "Z czasów „wielkiej ulgi”" w: "Życie Literackie" 1982/43 (rec. z: J. A. Łaniewski [M. Radgowski] "Dygnitarz", W-wa 1982); "Kryzys inteligenta, kryzys w jego oczach" w: "Student" 1985/14 (rec. z: J. Krakowski "Autopsja albo dziennik kryzysu", Łódź 1983). .
***29. Roman Bratny: "Rok w trumnie", Warszawa 1983. Wszystkie cytaty za tym wydaniem. .
***30. Perypetie wydawnicze swoich utworów opisuje Bratny np. w tomie II "Pamiętnika moich książek", Warszawa 1982. .
***31. Cyt. R. Bratny: "Rok w trumnie" s. 147. .
***32. Cyt. R. Bratny, op. cit. s. 148. .
***33. Cyt. R. Bratny, op. cit. s. 67. .
***34. Cyt. R. Bratny, op. cit. s. 148. .
***35. Cyt. R. Bratny, op. cit. s. 161. .
***36. Cyt. R. Bratny, op. cit. 165. .
***37. Wacław Biliński: "Wyjaśnienie", Warszawa 1984. Wszystkie cytaty według tego wydania. .
***38. Cyt. W. Bilinski: "Wyjaśnienie" s. 7. .
***39. Cyt. W. Bilinski, op. cit. s. 193. .
***40. Cyt. W. Biliński, op. cit. s. 26. .
***41. Cyt. W. Biliński, op. cit. s. 86. .
***42. Cyt. W. Biliński, op. cit. s. 90. .
***43. Cyt. W. Biliński, op. cit. s. 134. .
***44. Włodzimierz Sokorski: "Nie można powtórzyć", Warszawa 1984. .
***45. Zobacz: "Rok w trumnie", s. 106 .
***46. Maria Nurowska: "Kontredans", Warszawa 1983. Wszystkie cytaty według tego wydania. .
***47. Cyt. M. Nurowska: "Kontredans", s. 52. .
***48. Ibidem. .
***49. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 42. .
***50. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 54. .
***51. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 131, zobacz też s. 183. .
***52. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 177. .
***53. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 54. .
***54. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 100. .
***55. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 15. .
***56. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 32. .
***57. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 177. .
***58. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 32. .
***59. Cyt. M. Nurowska, op. cit. s. 125. .